Do Kruszynian trafił pod koniec lat 90. Dziś trudno oddzielić jego twórczość od tego miejsca. Tomasz Pytel pochodzi z Białegostoku, ukończył Państwowe Liceum Sztuk Plastycznych w Supraślu, a od ponad dwóch dekad mieszka i tworzy na wschodzie powiatu sokólskiego. Maluje, rzeźbi, sięga po motywy religijne i odnawia rzeźby, które przez lata wpisały się w krajobraz regionu.
Początek jego artystycznej drogi prowadzi jednak do Supraśla
To była końcówka lat siedemdziesiątych. W innych szkołach panował pewien rygor, a u nas było dużo swobody. Mieliśmy wolność wypowiedzi i tworzenia. Myślę, że właśnie dzięki temu ukształtowało się wiele osobowości - wspomina.
Pierwsze spotkania ze sztuką przyszły jeszcze wcześniej. Jego wujek pracował w Cepelii i zabierał młodego Tomasza w podróże po Podlasiu, do miejscowych rzemieślników i twórców ludowych. To właśnie wtedy po raz pierwszy zobaczył świat rękodzieła, tradycji i przedmiotów powstających z dala od wielkich galerii. Po latach wiele z tych doświadczeń wróciło w jego własnej twórczości.
Z Białegostoku do Kruszynian
Przez pierwsze czterdzieści lat życia związany był z Białymstokiem. Lata 90. nie były jednak łatwym czasem dla artysty. Pracował przy różnych zajęciach, także niezwiązanych bezpośrednio ze sztuką. W pewnym momencie postanowił wrócić do tego, co naprawdę chciał robić. W 1999 roku ruszył w okolice Krynek i Kruszynian.
Przyjechałem tu i zobaczyłem zupełnie inną rzeczywistość. W niektórych miejscach trawa była wyższa od okien. Ale zobaczyłem też ogromny potencjał - opowiada.
Kruszyniany nie były mu całkowicie obce. Pamiętał je jeszcze z lat 70., kiedy działały tu poczta, kiosk i lokalne kluby. Gdy wrócił po latach, zobaczył turystów stojących pod meczetem. Przyjeżdżali, oglądali miejscowość, ale brakowało infrastruktury.
Pomyślał, że skoro ludzie chcą tu przyjeżdżać, trzeba stworzyć dla nich miejsce, w którym będą mogli zatrzymać się na dłużej. Zaczął zagospodarowywać przestrzeń, planując jednocześnie, że będzie tu malował i tworzył. Z czasem związał się z Kruszynianami na stałe.
Najbardziej fascynowała go jednak nie turystyka, lecz miejscowi ludzie i sposób, w jaki żyli.
Tutaj rzeczy miały służyć. Jeżeli stara szafka stała w domu przez trzy pokolenia, to dalej była używana. Nie wyrzucano jej tylko dlatego, że przestała być modna. To było dla mnie czymś zupełnie nowym - mówi.
Dziś przyznaje, że dawne Kruszyniany powoli znikają. Starszych mieszkańców jest coraz mniej, pojawiają się nowi ludzie, zmieniają się domy i sposób funkcjonowania wsi. Dlatego coraz częściej szuka inspiracji również w pobliskich Krynkach.
Wielokulturowość wyrzeźbiona w drewnie
Jedna z pierwszych rzeźb, które powstały przed jego domem, była próbą zamknięcia Kruszynian w jednym obrazie. Znalazły się na niej domy, cerkiew, meczet ukryty wśród drzew oraz symbole związane ze Szlakiem Tatarskim. Przez wiele lat rzeźba stała przed posesją. Turyści zatrzymywali się przy niej i robili zdjęcia. Była prostym znakiem miejsca, które od stuleci budowało różne religie i kultury.
Dla Pytla ta różnorodność nigdy nie była wyłącznie turystycznym hasłem. W Kruszynianach odszukiwał także miejsca dawnych krzyży. Korzystał z pamięci mieszkańców, którzy wskazywali, gdzie wcześniej znajdowały się religijne pamiątki. W jednym z takich miejsc odnaleziono stary nagrobek z krzyżem datowanym na 1812 rok.
Chcę w ten sposób przypominać, że Kruszyniany były miejscowością wielokulturową, a nie jednokulturową, jak czasem może się komuś wydawać - podkreśla.
Maluje to, co ma wokół siebie
Z czasem coraz więcej miejsca w jego twórczości zaczęło zajmować malarstwo. Nie musiał daleko szukać tematów. Wystarczyło wyjść z domu: prawosławne święta, odpusty, pielgrzymki, Grabarka, przydrożne krzyże, stare domy i krajobraz, wszystko to stopniowo przenosił na płótno.
Pomyślałem: po co mam się zastanawiać, co malować, skoro mam tego tyle wokół siebie? Zacząłem więc malować to, co jest dookoła - wspomina.
W jego pracowni obok pejzaży można zobaczyć także obrazy religijne. Artysta świadomie mówi jednak, że ikony „maluje”, a nie „pisze”. Traktuje je jako szczególny rodzaj wyciszenia i próbę zrozumienia dawnych mistrzów. Wyszukuje stare fotografie i reprodukcje, przygląda się detalom, a następnie tworzy własną wersję obrazu. Nie chodzi mu o mechaniczne kopiowanie, ale o zrozumienie światła, kreski, sposobu budowania postaci i atmosfery.
Krynki jak Białystok sprzed lat
Szczególne miejsce w jego malarstwie zajmują dziś Krynki. Artysta odnajduje w nich Białystok swojego dzieciństwa i młodości, drewniane domy, kamienne drogi, niewielkie uliczki i zabudowę, która z dużego miasta w większości już zniknęła.
Krynki mają charakter starego Białegostoku, którego w Białymstoku już nie ma - mówi.
Dużą inspiracją stały się również archiwalne fotografie odnalezione przy pomocy pracowników miejscowego ośrodka kultury. Na ich podstawie zaczął odtwarzać sceny z dawnego życia miasteczka: ludzi pracujących na roli, mieszkańców stojących przed domami, dawny rynek i codzienne sytuacje zapisane kiedyś przez aparat fotograficzny.
Ale nie zatrzymał się wyłącznie na przeszłości. Malował także mieszkańców, których można spotkać na ulicach Krynek dzisiaj. Nazywa to „malarstwem na żywo”- utrwalaniem zwykłej codzienności, zanim również ona stanie się historią.
51 krzyży i kapliczek
Artystę interesują również drobne elementy krajobrazu, które łatwo przeoczyć. Policzył krzyże i kapliczki na terenie gminy Krynki. W swoim katalogu doliczył się ich 51. Dla niego nie są wyłącznie elementem religijnym. To część lokalnego dziedzictwa i opowieść o kolejnych pokoleniach mieszkańców.
Niepokoi go, gdy stare formy znikają podczas remontów. Przywołuje przykład jednej z kapliczek, która wcześniej była otynkowana, a po modernizacji otrzymała klinkierową elewację.
Wolałbym, żeby została odtworzona tak, jak wyglądała dawniej - przyznaje.
Dlatego malarstwo staje się dla niego również dokumentem.
Światło, chwila i pamięć
Czasami do jednego miejsca wraca wielokrotnie. Maluje je rano, wieczorem, po kilku miesiącach albo po kilku latach. Bo nawet jeśli dom pozostaje ten sam, zmienia się światło, pora roku i otoczenie.
Jeden temat można malować przez cały dzień, od wschodu do zachodu słońca, i za każdym razem będzie wyglądał inaczej. Najważniejsze, żeby zachować jego charakter - tłumaczy.
Techniki dobiera do sytuacji. Maluje olejem, gwaszem i akwarelą. Kiedy rusza w teren, zabiera kilka kartek, farby i pędzle. Czasami szkic powstaje w dziesięć minut. Potem w pracowni pomaga fotografia, pamięć i wyobraźnia.
Jego obrazy trafiają dziś do ludzi w całej Polsce. Przyjeżdżający na Podlasie turyści zabierają je na Śląsk, Lubelszczyznę i do innych części kraju. Niektórzy wracają po kolejny obraz i po kilku latach mają już niewielką kolekcję.
Ale dla samego autora ważniejsze od tego, dokąd trafiają prace, jest to, co pozostaje na płótnie. Pytany wprost, czy malując stare uliczki i domy próbuje ocalić je od zapomnienia, odpowiada bez wahania:
Chciałbym ocalić taki świat, w którym wcześniej żyłem i który jeszcze tutaj istnieje. Myślę, że kiedyś te obrazy będą świadectwem dla kolejnych pokoleń. Pokażą, jakie były Krynki i co jeszcze z nich zostało. Ja mogę zrobić to w formie malarskiej.
I chyba właśnie tutaj znajduje się klucz do całej jego twórczości. Bo obrazy Tomasza Pytla nie są wyłącznie pejzażami. Rzeźby nie są jedynie dekoracją. Krzyż, stary dom, drewniana kapliczka czy człowiek siedzący przy ulicy stają się fragmentami większej opowieści.
Gdy pytamy artystę, co znalazłoby się na jednym obrazie, gdyby miał nim podsumować swoją twórczość, nie wskazuje konkretnego budynku ani krajobrazu.
Mówi o atmosferze przemijania. Wraca wtedy myślami do starego Białegostoku, do Rynku Siennego tętniącego kiedyś życiem, a zaraz potem do Krynek. Dwa miejsca zaczynają się ze sobą łączyć. Jedno istnieje przede wszystkim w pamięci. Drugie jeszcze można zobaczyć.
Twórczość Tomasza Pytla będzie można już wkrótce poznać nieco bliżej. W październiku w Powiatowym Domu Kultury w Sokółce zostanie zorganizowana wystawa prezentująca jego prace.
/SM, JS/